#2
STRONA POPRZEDNIA
STRONA NASTĘPNA
SPIS TREŚCI

MIASTO BEZ MIASTA
KILKA UWAG O WSPÓŁCZESNEJ URBANISTYCE


Bartłomiej Gutowski

 

     W 1899 roku Sitte pisze rozprawę poświęconą miastu, traktując je jako dzieło sztuki. Jakże dziś, po upływie zaledwie stu lat, dalecy jesteśmy od takiego spojrzenia. Czujemy się w mieście zagubieni, coraz częściej postrzegamy je raczej jako wrogą strukturę. Mieszkamy w nim, funkcjonujemy, niekiedy dajemy się uwieść urokowi starych zakątków lub pobudza naszą wyobraźnię stylistyka hi-tech nowoczesnych biurowców. Jednak przemieszczając się pomiędzy nimi trafiamy na miejsca emocjonalnie obojętne, z których chcemy jak najszybciej dostać się do mieszkania, do naszej bezpiecznej twierdzy. Wiele czynników wpływa na nasze negatywne spojrzenie - komunikacja samochodowa, przestępczość, tłumy, ale również i urbanistyka. Nie znam się na organizacji ruchu ani na walce z przestępczością, zastanowić się więc chcę nad zaletami i niebezpieczeństwami współczesnego planowania przestrzeni miejskiej, tworzącej najbliższy nam, mieszkańcom miast, świat.

     Coraz powszechniej obowiązującym staje się model społecznego funkcjonowania, w którym rano wychodzimy z mieszkania do podziemnego parkingu, wsiadamy do klimatyzowanego samochodu, dojeżdżamy do parkingu pod biurowcem, a po pracy jedziemy po zakupy do supermarketu, samochód zostawiając na specjalnych miejscach parkingowych bezpośrednio połączonych ze sklepem. W niedziele zaś udajemy się do kompleksowego centrum sportowego - oczywiście zadaszonego. Ideał ten może nie jest powszechnie realizowany, ale dla wielu jest szczytem marzeń, wręcz symbolem luksusu i osiągniętej pozycji społecznej. Ograniczają go raczej czynniki finansowe niż kulturowe. Miasto jako takie przestaje być bowiem atrakcyjne dla mieszkańców. W pewnym sensie współczesny człowiek coraz mniej go potrzebuje, czy może raczej przestrzeń miejska przestaje być dlań istotna. Poruszając się po nim, nie spędza się w nim czasu. Po mieście się przemieszcza (istotna jest więc droga, którą traktuje się jako konieczność, a nie przyjemność). Jak słusznie dostrzegł jeden z moich znajomych, mieszkańcy wielkich miast idąc ulicami, niemal biegną. Oczywiście po części można to wytłumaczyć szybkim tempem życia, ale nieatrakcyjność przestrzeni, po której się poruszmy, niewątpliwie też ma swoje znaczenie. Bez porównania większą popularnością cieszą się strony internetowe informujące o korkach na ulicach niż o historii, tradycji miasta. W niedziele ruch jak i całe życie zamiera. Nieliczni wybierają się na spacer na Stare Miasto. Większość poza miasto, do lasu - wybiera ucieczkę. Życie pod miastem jest dla większości niemożliwym ze względów finansowych do zrealizowania marzeniem.

     Miasto powinno współtworzyć więzi międzyludzkie, źle funkcjonujące może je jednak zabijać. Coraz trudniej będzie nam żyć między realnymi ludźmi. Rozwój internetu jest też poniekąd objawem choroby miast, które swą wielkością i anonimowością sprawiają, że jesteśmy coraz bardziej wyobcowani, poszukujemy alternatywnych form kontaktu, skoro ulica, a przede wszystkim tradycyjne miejsce spotkań - plac czy rynek stają się przestrzeniami wymarłymi, lub w ogóle nie istniejącymi w nowych układach urbanistycznych. Nie spełnianie przez nie ich podstawowej roli prowokuje ucieczkę w coraz bardziej rozwijającą się rzeczywistość wirtualną, poszukując tam świata idealnego. Chociaż oczywiście, nie łudźmy się, nie odnajdziemy go.

     Urbanistyka jest dziedziną niedocenianą, w mieście to właśnie ona (wraz z architekturą), tworzą świat otaczający człowieka. Może go tworzyć bliskim bądź dalekim. Śmiem twierdzić, że współczesna urbanistyka, albo raczej jej brak - jako kompleksowego spojrzenia na przestrzeń miejską - po części wpływa na nasze wrogie postrzeganie tkanki miejskiej (nieprzypadkowo używam tego, może niezbyt eleganckiego, określenia - o tym za chwilę). Żyjemy w chaosie urbanistycznym, a nawet gorzej, bałaganie. Myśl urbanistyczna zazwyczaj nie sięga poza teren jednego osiedla lub jednego wieżowca i jego najbliższego otoczenia. A chaos, bałagan nie wpływają dobrze na funkcjonowanie człowieka. Wbrew anarchistycznym teoriom, każdy człowiek tworzy sobie wewnętrzny uporządkowany świat i takiego też, dla dobrego funkcjonowania, potrzebuje na zewnątrz.

     Prestiż społeczny potwierdzony jest mieszkaniem w historycznych okolicach. Powstanie osiedli - sypialni stworzyło zupełnie nową przestrzeń miejską, nowe jej postrzeganie. Początkowo uważane za nowoczesne budownictwo, mające dać stosunkowo wysoki standard niewysokim kosztem, okazało się fikcją. Co gorsza pociągnęło za sobą braki inwestycyjne i skazywanie na powolną zagładę XIX wiecznych kamienic. Mieszkanie w przedwojennym budynku widziano jako życie w slumsie, do którego wprowadza się margines. I rzeczywiście budynki te, z powodu braku dofinansowania i modernizacji (np. brak łazienek) powoli zaczęły slumsy przypominać. Dziś remontowane i dostosowywane do współczesnych standardów stają się powoli poszukiwaną na rynku nieruchomością. Owe wspomniane przeze mnie przed chwilą przestrzenie blokowisk stanowią "ziemię jałową". Pas komunikacyjny, po którym się przemieszczamy w drodze do kościoła, domu, szkoły, pracy, każdy chce z niego się jak najszybciej wydostać. Znamienne jest, że mieszkając na post-PRL - owskim osiedlu jedzie się na starówkę, aby pójść na spacer. Oczywiście owe bokowiska stają się powoli przestrzenią ujarzmianą. Wielu ludzi zaakceptowało funkcjonowanie w tej rzeczywistości. Nie czuje wielkiej potrzeby ucieczki z niej. Człowiek potrafi zaakceptować i przystosować się do danych mu warunków. Możliwe, iż nawet liczni zaczynają się tu dobrze czuć. Tak jak przyzwyczajają się do niedzielnych spacerów do McDonalda i supermarketu, jako form wypoczynku i rozrywki. Powstaje w ten sposób społeczeństwo coraz bardziej chore. Umiejętność akceptacji zastałej sytuacji nie sprawi, że stanie się najlepszym otoczeniem człowieka, przynajmniej nie w tak krótkim czasie. Warto tu dodać, ze niewątpliwie poprawia się wygląd osiedli, przynajmniej zyskują one nowe elewacje i formy, rośnie ich atrakcyjność. Chociaż niestety nie można porównywać tego z adaptacją wielkiej płyty w byłej NRD, ale ponoszone przy tym nakłady finansowe są astronomiczne.

     Pisząc o umieraniu tradycyjnych układów miejskich bynajmniej nie pragnę aby powstawały jakieś symetryczne, identyczne miasta - jak z wizji niektórych wczesnych modernistów, którzy architekturę tę postrzegają jako idealnie uporządkowany, ustawiony niemal pod linijkę, sztuczny organizm. Taki świat też byłby nam obcy i swą bezdusznością i jednakowością wywoływał schizofreniczne odczucia. Musi jednak istnieć jakaś idea, coś porządkującego naszą przestrzeń. Dlatego właśnie rozumna polityka miejska jest konieczna. Bez niej miasto staje się chaosem, miast strukturą uporządkowaną, organizującą życie. Interes pojedynczych osób, firm, interes inwestorów zwycięża nad potrzebami miasta, społeczeństwa. Spójrzmy na dwa biurowce wyrosłe niedawno w centrum Warszawy - turecki wieżowiec Reform Plaza w Al. Jerozolimskich - szczyt tandety w nowoczesnym budownictwie i "trumnę" Warty, budynek zdecydowanie brzydki. Obydwa postawione zostały bez większego odniesienia do zastanej rzeczywistości. Reform Plaza ustawione pod kątem, połączone tandetnym łącznikiem z sąsiadującym budynkiem, nie zachowuje gabarytów okolicznej zabudowy. Naprzeciw usytuowała się nowa siedziba Warty, budynek nieco ciekawszy, aczkolwiek o dziwnych proporcjach, z przysadzistą dolną, cokołową partią, wyrastający w górę wysoko ponad sąsiednią zabudowę. Daje to efekt urbanistycznego bałaganu, staje się męczące. Wspomnieć można też o nowym budynku TPSA, arogancko pod kątem ustawionym do otaczającej go zabudowy... przykłady można mnożyć. Warszawa jest dla architektów wymarzonym miejscem działań. W centrum ponad 1,5 milionowego miasta zachowała się wolna przestrzeń, którą można zagospodarować. Niestety robi się to w sposób jeden z możliwie najgorszych, oby szybciej i taniej. Powstaje brzydkie miasto, coraz mniej nęcące dobrych architektów. Zaprzepaszczana zostaje szansa uczynienia z Warszawy prawdziwie europejskiego miasta.

     Jednocześnie miasto coraz mniej stanowi jedność. Coraz więcej organicznie złączonych elementów stanowiących samodzielne, wyraźnie wyodrębnione człony - osiedla. Mniej widoczne jest to w miastach historycznych, z dużymi tradycjami, a przede wszystkim zachowaną tkanką historyczną. Porównajmy np. Warszawę i Kraków, którego ewidentny zrąb stanowi tradycyjna historyczna tkanka, do której przyczepiane są - niczym satelity - nowe osiedla. Tradycyjny rynek pozwala jednak miastu w normalny sposób funkcjonować. Warszawie, z rozbitym centrum otoczonym samoistnie istniejącymi osiedlami, brakuje miejskiego charakteru.

     Właściwie idee powrotu do klasycznej zabudowy wysnuli postmoderniści już dawno temu, wystarczy przypomnieć choćby książkę Aldo Rossiego, jednego z prekursorów postmodernizmu, L'Architettura della citta napisaną już w roku 1966. Wśród różnych postulatów autor nawołuje do powrotu do tradycyjnej urbanistyki. Pozycja ta, jak zresztą większość najważniejszych książek o architekturze współczesnej, nie doczekała się polskiego wydania i dostępna jest również w angielskim tłumaczeniu. Postmodernizm - schyłkowa, manierystyczna faza modernizmu, proponuje powrót do tradycji, sięganie do klasycznych układów. Postmodernizm, pojawiający się jak wiadomo w Europie zachodniej w latach 60-tych dziś staje się powoli przeszłością. Pojawia się znudzenie postmodernistyczną architekturą. Niektóre idee modernistów znów zaczynają być nośne. Pamiętać jednak trzeba, iż w Polsce właściwie do lat 90 - tych dla modernizmu alternatywy w urbanistyce kompleksów mieszkaniowych nie było. Tak więc powrót do tradycyjnej zabudowy jest dla nas wciąż nowością. Dziś urbaniści i architekci tworzą po części nową formę. Nie towarzyszą jej powstawaniu głośne hasła ani buńczuczne manifesty, wychodzi za to naprzeciw społecznym oczekiwaniom. Przynajmniej tej części społeczeństwa, którą na nowe mieszkanie stać. Powstają osiedla zamknięte - często dosłownie - ogrodzone murem, lub po prostu stanowiące wyraźnie wyodrębnioną przestrzeń. Zachowany zostaje w niej jednak tradycyjny podział na ulice, a niekiedy nawet place, w połączeniu z unikaniem zwartej zabudowy. Budynki budowane są najczęściej na planie zbliżonym do prostokąta lub podkowy, rzadko kiedy zamknięte, oddziela je wolna przestrzeń. Duży nacisk kładziony jest na dopuszczanie światła, zieleń, swobodę. Powstają więc tereny o tradycyjnej, uporządkowanej siatce lecz luźnej zabudowie. Niestety nadal są to przestrzenie wydzielone. Miasta w mieście, żyjące swoim oddzielnym życiem. Będzie to prowadziło do dalszej izolacji, miasto będzie stawać się coraz bardziej rozbite, rozczłonkowane, a tendencja do zamykania się, odgradzania, może sprawić że poza centrum będą funkcjonować osiedla - satelity które sprawią, że miasto coraz mniej będzie przypominać żywy organizm.

     Pamiętać trzeba, iż miasto jest i być musi strukturą żywą. Tkanka historyczna może otrzymywać nowe funkcje, ale powinny być one dostosowane do historycznych wnętrz. Mcdonald na starym mieście śmierdzi banałem, przemienia zabytek w kicz. Miasto musi żyć. To bardzo ważne. Zamykanie historycznych budowli w wyniosłych murach wbrew pozorom nie koniecznie dobrze im służy. Owszem stare miasto może przyciągać tłumy, ale musi być dostosowywane do nowych potrzeb, oczywiście w taki sposób by nie zatracało swojej tradycyjnej formy. Nie bójmy się połączenia architektury dawnej i nowej, historii z nowoczesnością. Tak było zawsze, spójrzmy na nasze starówki. Jakże świetnie współgrają w nich XIX wieczne kamienice i barokowe pałace. Oczywiście, podkreślmy to jeszcze raz, ta nowa architektura musi jakoś odnosić się do starej. Nie kopiować, zachowywać swą nowoczesną formę, ale jednak odwoływać się do istniejącej przestrzeni. Miasto to żywy organizm, nie można zmieniać go wg dowolnych koncepcji, trzeba o niego dbać, trzeba pozwalać mu swobodnie, choć w sposób kontrolowany, rozwijać się. Umieć łączyć jego tradycję z nowoczesnością i rozwojem. Nie ma nic złego w funkcjonowaniu obok siebie starej i nowej architektury, w adaptowaniu historycznych wnętrz do potrzeb współczesnego społeczeństwa. Trzeba jednak zachować proporcje i umiar, a przede wszystkim szacunek dla historii.